cukier kokosowy sklep online
herbaty bio sklep online

Wierszyki Jerzego

Gdy już pełne nasze brzuszki zdrowych przysmaków dobrze jest poczytać coś na wesoło. A ponieważ Jerzy w wolnych chwilach lubi porymować, podzielimy się chętnie jego wesołymi wierszykami. Zapraszamy do śledzenia naszej strony, wierszy stopniowo będzie przybywać.

Ratujemy przed zapomnieniem

Teraz przekazuję Państwu wiersze, które pisaliśmy z moją żoną i jej bratem

 

Marsz patriotów

Nad marszem patriotów,
Dusze zabitych się unosiły,
I o ukaranie winnych,
Za tę katastrofę prosiły.
To co na Elicie Polskiej dokonano!
Sprawców nie ukarano,
Lecz jeszcze wynagradzano.
Zginęło patriotów wiele,
Z Prezydentem Rzeczpospolitej na czele.
Elita do wolności Polskę prowadziła,
A wroga ręka ją uśmierciła.
Polacy się opamiętajcie!
Wywrotowców nie słuchajcie,
Do zgody zapraszajcie.
Polskę słabą łatwo zniszczyć,
Wrogów plany można ziścić.
Tak jak w historii bywało,
Targowicę zawiązano.
Zdrajcy Polskę sprzedali,
Wrogowie na to czekali.
Tymczasem naród do wolności się budzi,
10 kwietnia wyszły tłumy ludzi.
Wara od Polski!
Nie dajmy się podzielić,
W Ojczyźnie wolnej
Chcemy razem się weselić.

 

Żyje wiecznie, kto służy Ojczyźnie
(Patriotom, którzy odeszli)

Gdy zapadnie zmrok,
Ogłuchną uszy,
Język przestanie być organem mowy,
Uleci ciepło z mięśni,
Rytm serca cisza zagłuszy,
Ból,
Radość,
Myśl ustanie,
I każdy z Was nie usłyszy,
Mowy nienawiści.
To czas nowy,
Wieczne odpoczywanie,
Racz dać im Panie.
Nastąpiła głusza,
Uleciały dusze do nieba,
By bronić Ojczyznę z góry.
Tak trzeba,
Ciała niech odpoczywają w ziemi,
Bo tu już leżą,
Cisi,
Poważni i niemi.
Nie obrażajcie się za to,
Gdy robak przegryzie wam gardło,
Wlezie do ust,
Do nosa i ucha,
Lub przez gnijący materiał ubrania,
Żebra wasze odsłania.
Jeszcze jesteście!
Żyjecie w sercach naszych wiecznie,
A w niebie dusze wasze,
Proszą Boga,
By Polska dalej trwała.
Cześć im!
Wielka chwała,
Niech żyje nasza,
Ojczyzna kochana,
Przez wroga poniewierana.

 

Ojczyzna młodych

Ojczyzna młodych
To wielkich marzeń Polska
– taka jest w nas siła.
Równość, dobrobyt, kultura i postęp,
Siła i blask.
Elektryczność
w młodości przewodach
– najżywsza rtęć.
Dniom nadchodzącym kierunek poda,
Wśród krótkich nocnych spięć.
Rzeczywistość nam nie wystarczy
Promienną nić
Chwytamy po to, aby inaczej jutro
Pojutrze
Żyć.
Droga ambitna
Marszruta prosta
Siła i blask
Nie tylko celem jest Wielka Polska
Jest, ona tkwi w nas.

 

Wiosna

Gdy słoneczko zaświeciło,
Na dworze miło się zrobiło.
Pąki drzew się rozwijają,
Do słońca gałęzie ustawiają,
Trawa się zazieleniła.
Wszystko wokół już odżyło,
Nawet brzozy, co siwe były,
Swoje baśki wypuściły.
I dzieci odżyły,
Na podwórka wyskoczyły.
Do zabawy nabrały chęci,
Wiosna do tego nęci.
Każdy coś sprząta, reperuje,
I płoty maluje.
Zwierzęta do rui się szykują,
A ptaki gniazda reperują.
Bo wszyscy czas wiosenny czują.
Wszyscy w pary się zbierają,
Skłonności do kochania mają.
Duże zmiany w przyrodzie się objawiają,
Politycy również wiosnę odczuwają,
Nowe pomysły w nich dojrzewają.
Może zapanuje wśród ptaków zgoda,
To urody Polsce doda.

 

Wspomnienie lat siedemdziesiątych

Och!
Moja droga!
Co sobie przypomniałem, Ola Boga!
Dawne czasy,
Kiedy na kartki były byle jakie kiełbasy.
– Siadaj! Opowiem! Posłuchaj! Jak to bywało.
Dla ludności mięsa rzucano mało,
Aby dla władzy więcej zostało.
– Baleron, kiełbasy i bułki – dla tow. Gomółki
– Boczek i polędwice – dla Józefa Cyrankiewicza
– Nerki, wątróbki i kiszki – dla Zenona Kliszki
– Pieczeń z barana – dla Spychalskiego Mariana
– Golonka i żeberka – dla Łucjana Motyki
– Dorsze, filety i konserwy – dla ludności, co miała silne nerwy
– Reszta ochłapów i kości – dla pracującej ludności.
A gdy do śniadania zasiadłeś z rodziną, jadłeś chleb z margaryną.
Na obiad jaja gatunek trzeci, żebyś nie płodził za dużo dzieci.
Na kolację dżem i ceres, żeby ci w nocy nie stanął …
Ale teraz to śmieszne!
Naprawdę tak było!
Dobrze, że się skończyło.

 

O patriocie polskim

O!
Polski patrioto!
Walczyłeś!
Aż zwyciężyłeś!
I dalej walczyć musisz!
Polska!
Na nowo powstała!
Wielka chwała!
A któż ją będzie bronił?
I łzy nad nieszczęściem jej ronił!
Jeśli nie ty!
Mój polski patrioto!
Polska ziemia jest krwią zbryzgana.
Nie upadajmy na kolana.
Do góry wznieśmy czoła.
Bo kończy się nasza niewola.
Choć słychać zdrajców krzyki.
To ostatnie ich podrygi.
Teraz do pracy!
Kochani Polacy!
Nie tak! Jak zdrajcy.
Pod przykryciem demokracji.
Ojczyznę nam zniszczyli.
Majątek roztrwonili.
A teraz kiedy zajdzie potrzeba.
My patrioci! Staniemy do apelu.
Przed zdrajcami Polskę obronimy.
Demokrację utrwalimy.

Aldona i Jerzy

 

Święta Wielkanocne się zbliżają

Ptaki już głośno ćwierkają,
Początek wiosny oznajmiają.
Pierwsze bociany przyleciały,
I swe gniazdka poprawiały.
Starsi ludzie się zbierają,
Dawne święta wspomagają.
Pieniędzy na nie nie żałowano,
Gości do domu zapraszano.
Na strychu wisiały swojskie kiełbasy,
I inne frykasy.
Szynkę długo marynowano,
Różnymi ziołami zaprawiano.
Wszystko to zapowiadało,
Że Wielkanoc tuż tuż i czasu już mało.
Kobiety smaczne babki upiec chciały,
By gościom smakowały.
Ale wódka to rzecz męska,
Kiedy jej zabraknie – klęska.
Dzieci pisanki malowały,
Do Świąt Wielkanocnych się szykowały.
Młodzi o dyngusie pamiętali,
I wody nie żałowali.
Oblać wszystkich przecież chcieli,
Szczególnie na dziewczęta polowali.
One uciekały i piszczały,
Bo sukienki mokre miały.
Dzisiaj wiele się zmieniło,
Wiele obyczajów ubyło.
Wędliny co prawda mamy,
Lecz na smak ich narzekamy.
Dzisiaj trzeba tak świętować,
Aby potem nie chorować.
Aby miło było,
I na święta pieniędzy starczyło!

 

Polityczny kogel mogiel trwa

Świat obecnie szaleje,
Krew na wschodzie się leje.
Ludzie ze wschodu uciekają,
Do europy się pchają.
Bo P.Merkel obiecała,
Że w Niemczech zmieści się emigracja cała.
Więc wszyscy ją słuchają,
I do nas się pchają.
Islam może nas zaleje,
Póki Europa nie zmądrzeje.
Przez to narody w Europie są zwaśnione,
Wcale tej emigracji nie spragnione.
Niemcy w Europie kogel mogiel zrobili,
Gdy emigrantów do niej zaprosili.
Bo Niemcy chcą panować,
Słabsze narody podporządkować.
Samoloty Putina chmury przecinają,
I sprawdzają jak inni się mają.
Szpiedzy rosyjscy wszędzie zaglądają,
Intrygi czasem wzniecają.
Rosja na Ukrainę chrapkę ma,
Chciałaby ją połknąć raz dwa.
Na razie rebeliantom pomagają,
Bo interes swój tam mają.
Anglia także interes swój ma,
Grozi, że Unię opuści kiedy jej się da.

 

Wiosna

Niedługo Wielkanoc przybędzie,
To głoszone jest wszędzie.
Piękne święta zawitają,
I polaków pojednają.
Jezus nawołuje, aby ludzie się modlili,
I dla siebie byli mili,
Między sobą majątkiem się dzielili.
Wiosna to jest taka pora roku,
Że dodaje nam uroku.
Wszystko do życia powraca,
Dobrych ludzi nagradza.
Daje siłę i zdrowie,
Niech każdy powie.
Że ziemia co zamarznięta była,
Na wiosnę się odmroziła.
Kwiatki kwitnąć będą,
Ludzie animusz zdobędą.
Ale na świecie jest niespokojnie,
Niektórzy myślą wciąż o wojnie.
Islam zmiany szykuje,
Do religii swojej nawołuje.
Polskę na zachodzie opluwają,
Choć racji nie mają.
Cała Europa się śmieje,
Że w Polsce źle się dzieje.
Putinowi to na rękę,
Że z sąsiadami mamy udrękę.
My ich nie słuchamy,
Bo swój rozum przecież mamy.

Data dobra

Pan X
Adres mam

 

Podanie

Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do pracy, na pół etatu w charakterze kochanka.
Pracę mogę przyjąć natychmiast. Zgodę rodziców mam. Trochę doświadczenia i fantazji również.
Podanie składam, bo słyszałem, że jest wolny etat. Liczę na przychylne załatwienie mego podania i z utęsknieniem oczekuję przychylnej odpowiedzi.
Dane personalne o mojej osobie:
Nazwisko takie jak rodziców. Nazwiska panieńskiego nie mam (panną nie byłem, ale to może być ciekawe).
Pochodzenie – przednie.
Stan cywilny – lepiej nie mówić.
Dzieci nie znam.
Wykształcenie – doskonałe.
Zawód – pieszczoch zawodowy.
Język – tylko własny.
Wojsko – stary grzyb (trochę robaczywy)
Odznaczenia – mam, ale nie pokażę.
Majątek – trochę uzbierałem.
Karalność – nie karany, bo znam dobre uniki.
Organizacja – własna.
Wzrost – nawet niczego sobie.
Klatka piersiowa i serce pojemne.
Kołnierzyk 42 przed jedzeniem.
Adres – różnie z nim bywa.

Podpis: mało czytelny

 

Upojna noc

Zabawa o północy się skończyła,
Krysia przez cały czas tańczyła.
Staszek ją mocno ściska i całuje,
Coś tam gada i obiecuje.
Wszak jesteśmy młodzi,
To trochę czułości nam nie zaszkodzi.
By zabawić się od nowa,
Krysia do tego jest gotowa.
On Krysię już nie prosi,
Do sypialni ją zanosi.
Bardzo spieszy się chłopina,
Bo już ranek się zaczyna,
Szybko stanik jej rozpina.
Krysia widzi, że on rozpalony,
Szybko ściąga swoje pantalony.
W takim stanie, zostawić go nie może.
Łóżko wabi i nęci,
Trzeba skorzystać puki są chęci.
Jeszcze noc tu włada,
Iść do domu nie wypada.
Więc się trochę zabawili,
Czy to grzech, kochani mili?
Aby się położyć,
I trochę zabarłożyć.
Dobrze było,
Krysia marzy aby tak szybko się nie skończyło.
Wreszcie Stach był już zmęczony,
Pomyślał pora iść do żony.
A i spać się zachciało,
Ale Krysi ciągle było mało.
Rozstać się jednak trzeba,
Bo do domu iść potrzeba.
I tak się rozstali,
Na pożegnanie buźki sobie dali.

 

Zgoda być musi!

Aby ludność w Polsce zjednoczona była,
Potrzebna jest zgoda – w tym narodu siła.
Wszyscy nad tym muszą pracować,
By jedność budować.
Ale sąsiadów to złości,
Nie chcą w Polsce jedności.
Potrzebne im kraju rozbicie,
Bo to na słabość wpływa znakomicie.
Rządy biednych uciskają,
Dla nich zrozumienia nie mają,
Sobie stołki zabezp[ieczają.
Ludzie są oszołomieni,
Ale to nie wiele zmieni.
PO zamęt podnosi,
I pretensje do Rządu wnosi.
Ludzie modły wznoszą do nieba,
Bo protekcji ciągle potrzeba.
Opozycja mówi pokój będzie,
Gdy Rząd do rozmowy zasiądzie.
Marzyć ludziom to nie szkodzi,
Dzisiaj PIS obiecuje i rządzi.
Europa pasa też zaciskać musi,
Bo emigrantami się zaksztusi.
Europejczycy są spragnieni,
Aby dalej byli zjednoczeni.
Ale smoleńsk dzieli,
Co wyniknie z tego,
Wiedzą tylko anieli.

 

Była też taka bajeczka

Cieszcie się dzieci,
Bo bajeczka do was leci.
Niedaleko boru starego,
Tam mieszkała żabka mała,
Wraz z całą rodziną.
Wieczorami nasza żabka miła,
Na kwieciste łąki wychodziła.
By posłuchać świerszczy granie,
I zapraszać na ich tańcowanie.
Ona do chóru przyłączyć się chciała,
Bo przecież taki pięknie rechotała.
Gwarno i wesoło było na polanie,
A ona po powrocie dostawała lanie.
Nie lubiła starych żab krytyki,
Widocznie nie znały świerszczy muzyki.
Pewnego razu przygodę miała,
Ktoś ją do góry podnosi,
A to bocian stary.
Który żab nie znosi,
Żabka o wolność go prosi.
Puść mnie mój miły bocianie,
Jestem za mała dla ciebie na śniadanie.
Zawrzyjmy przymierze,
Przyrzekam!
Nie zabraknie ci robaków,
Ani innych przysmaków.
Bociek pomyślał sobie,
Grzeczność jej zrobię.
Powinienem być wspaniały,
Poco mi kąsek taki mały.
Niech będzie przymierze,
I żabce małej zawierzę.
Bociek miał czerwone nogi,
Choć wydawać by się mogło – nie był srogi.
Skrzydła miał białe,
Ale też nie małe.
Zabrał żabkę na nie,
I polecieli na robakowe śniadanie,
Bo robaki,
To przysmak nie byle jaki.
Żabka się ucieszyła,
Że miłego boćka nakarmiła.
On najedzony żabkę wynagrodził i darował życie,
I było między nimi niesamowicie.
Pięknie żabce podziękował,
Nawet w pyszczek ją pocałował.
Ona pożywienie mu znosiła,
I dla niego była miła.
Tak trwało lato całe.
A gdy jesień nastała,
Żabka sama została.
Bociek poleciał przez morza i rzeki,
W kraj daleki.
Żabka tego nie przewidziała,
I z tęsknoty się popłakała.
A na wiosnę, gdy słonko mocniej zaświeciło,
Nawet małej żabce się nie śniło.
List dostała od bociana,
Była cała rozradowana.
Bociek doniósł, że wkrótce przyleci,
I dobry prezent żabce przyniesie.
Żabka się mocno ucieszyła,
I gniazdo w pobliżu skleciła.
W całej okolicy o tym rozgłosiła.
Morał: cuda się zdarzają,
Bociany swój zwyczaj mają.
Nie we wszystko trzeba wierzyć,
Lecz z bocianem się sprzymierzyć.
Ptak jest pożyteczny,
Dla człowieka jest bezpieczny.

 

Z życia wzięte

Jechał po zakupy świąteczne chłop!
A tu jakaś baba powiedziała stop!
Więc wracając zabrał ją do chałupy.
Ona rada była,
I u niego zagościła.
Oboje zadowoleni byli,
Gdyż razem święta spędzili.
Ona krowy doiła,
I dla chłopa była miła.
Dobrze im się żyło,
Z czasem rodzina i gospodarstwo im się powiększyło.
Tak czas im płynął mile,
Wykorzystywali każdą chwilę.
Oni tego nawet nie wiedzieli,
Że w kraju spokój diabli wzięli.
Następują wielkie zmiany,
Widzi ludek nasz kochany.
Z tego nie zadowoleni są lewicy pachołki,
Że stracą ciepłe stołki.
I utracą apanaże,
Wszystko wezmą nowi gospodarze.
My nie chcemy zmiany,
Krzyczy lud przez lewicę wybrany.
Tak im dobrze było,
Gdy PO rządziło.
Ale chłopska kasta zrozumiała,
Że im krzywda działa się nie mała.
Więc te zmiany popierają,
I prawicy rację dają.

Zmiany się szykują

Nowy Rok się zbliża,
A PO dalej Pisowi ubliża.
Że na dobrych stołkach siądzie,
Choć nie umie, Polską rządzić będzie.
Platforma się boi,
Że Pis ich żądań nie zaspokoi.
Widocznie czystego sumienia nie mają,
Coś przed ludem i Pisem ukrywają.
Na razie dobrze Nowy Rząd rządzi,
Ale obawę ma czy PO im coś nowego nie urządzi.
Nad Kaczyńskim opozycjoniści się znęcają,
Jemu racji nie przyznają.
A on ich kłamstwa demaskuje,
I szabelką wymachuje.
Petru krzyczy, że demokracja zagrożona,
Obecna władza winna zostać obalona.
Zwolenników swoich na ulicę wyprowadza,
Krytykuje, jak to rządzi nowa władza.
Lud w to nie wierzy, jest po Pisu stronie,
W razie konieczności stanie w ich obronie.

 

Gwiazdka się zbliża
Dzieci cieszą się wszędzie,
Bo Mikołaj u nich będzie.
Starsi też nadzieję mają,
Że zmian w Polsce doczekają.
Platforma pułapek nastawiła,
Trybunał w swe ręce uchwyciła.
Pisowi cięgów nie żałuje,
Robi zamęt i wykrzykuje.
Koniec z takimi rządami,
Na ulicę chodźcie z nami.
Rząd realizuje swoje plany,
Choć przez opozycję wyśmiewany.
Media też do mózgów wodę dolewają,
By zakłócić spokój – taki rozkaz mają.
Chcą zniszczyć to co się narodziło,
Aby ludziom zbyt dobrze się nie żyło.
Kaczyński nie ustępuje,
Swoje racje klaruje.
Ludzie chcą realnej poprawy,
A nie politycznej strawy.
Mają tego dość,
Widzę, że robi się im na złość.
Spokój winien w kraju zapanować,
Wszystkie partie powinny się szanować.
Każdy mówi, że ma rację,
I że walczy o demokrację.
Sąsiedzi tylko czekają,
Jak podzielić Polskę mają.
 

Święta się zbliżają
Święta się zbliżają,
Dzieci drzewka wybierają,
I kolędy śpiewają.
Czas świąteczny nadchodzi,
Oczekują go starzy i młodzi.
Pan Jezus się rodzi,
Na świat przychodzi.
Kobiety ciasta zaczynają,
Pracy w domu dużo mają.
Reklamy świąteczne po zakupy zapraszają,
Różne smakołyki zachwalają.
Ludzie odświętnie się ubierają,
I paczuszki pod choinkę chowają.
Każdy prezent dostać musi,
Więc ciekawość nas kusi.
Co za prezent ja dostanę?
Zapytanie sobie zadaję!
Dobra gwiazdka nam zaświeciła,
I nowinę objawiła.
Nowy rząd Pani Beaty,
Obsypie prezentami nasze chaty.
Po 500zł dostaną dzieci,
A i nam starym coś wleci.
Bo my patrioci starzy,
O tym każdy z nas marzy.
By wśród Polaków zgoda zapanowała,
Nowa silna Polska powstała.
Teraz nam gwiazdka zaświeciła,
Bo na zgliszczach komuny i ośmiorniczek,
Polska na nowo się zrodziła.
Nowy Rok nie długo będzie,
I nam rok przybędzie.
Szampanem go powitamy,
Radośnie też zaśpiewamy.
Szatana popędzimy,
Nowy Rząd umocnimy.
Polskę wolną wspierać trzeba,
Jeśli PO nie przeszkodzi,
Prawdziwa demokracja się zrodzi.

 

Wybory
Na wybory ruszył każdy,
Stary i młody.
Ludzie dość Platformy mają,
Coś nowego wybierają.

Choć PO chce rządzić dalej,
Ludzie już jej nie dowierzają.
Gospodarkę morską moi mili,
Całkowicie rozwalili.
Stocznie na łopatki położyli,
Rybołówstwo rozwalili,
Wiele szkód Polsce narobili.
Mówią, że drogi nowe powstały,
Przecież jeszcze nie skończyli,
A już żądają pochwały.
Ludzie na PIS głosowali,
Chcą zmiany na sejmowej sali.
Odsunąć starych komuchów od polityki,
Bo dosyć tej krytyki.
Trzeba rząd fachowcami obsadzić,
Myślę, że dobrze będą sobie radzić.
Zdeterminowani Polski przyjaciele,
Zobaczycie, jak zrobią wiele.
Ja mam nadzieję, że Polskę zmienią,
Choć peowcy z nich się śmieją.

 

Czasy są gorące 
Gołąb łagodnego jest pokroju,
Polacy potrzebują dziś spokoju,
Choć nie każdemu dobrze w tym ustroju.
Putin chytra sztuka,
Czołgami do sąsiadów puka.
Unia by pokoju chciała,
Ale nie od wszystkich zgodę uzyskała.
Muzułmanie się szykują,
Może nawet Europę zawojują.
Świat trochę szaleje…
A Putin się śmieje,
I robi sobie nadzieję…
Proponuje nam pomniki,
A sam robi tylko uniki…
NKWD dywersję polityczną szerzy…
Myśli, że Europa w to uwierzy.
Putin czasem niby pokojowo nastawiony,
Planuje, z której ma uderzyć strony.
Chce załatwić wszystko pokojowo,
Ale pragnie zagarnąć to i owo.
Motocykliści przez Polskę przejechać chcieli,
Dla Rosji propagandę zrobić mieli.
Naród nasz przez wybory otumaniony,
Przez wroga łatwo może być zniewolony.
My się niby nie boimy,
Ale na potęgę się zbroimy.
Ameryka samoloty obiecuje,
Francja też coś proponuje.
Polacy wciąż się ze sobą kłócą,
I nawzajem bałamucą.
Putin tylko ręce zaciera,
Mówi! Ukraina niech umiera.
Zachód myśli! Bać się nie należy,
Bo od Rosji z dala leży.
Obama dużo obiecuje,
Lecz nie zawsze słowa dotrzymuje.
Poglądy może na to wszystko są różne,
Nasze nadzieje mogą też być próżne.

 

Dawne refleksje 
Moja droga, czas wiosenny,
Chociaż po zimie jestem znużony i senny.
Pójdę do ogrodu,
Pamiętam, za młodu.
Z chęcią go uprawiałem,
I trochę pieniędzy na tym zarabiałem.
Siałem i flance sadziłem,
Wszystko ładnie mi rosło,
Aż się sam dziwiłem.
Rzodkiew, koper, szczypiorek i sałata głowiasta,
Zaczęli zaglądać po nie nawet ludzie z miasta.
Bo wszystkie jarzyny były urodziwe,
Bez sztucznych nawozów i oprysków – naturalne i prawdziwe.
Rosły, bo były szczęśliwe.
Patrzyłem na nie i podziwiałem,
Jak listki się rozwijają i zalążki owoców pojawiają.
Bo kolor zielony, to krew roślinki,
Namyśl o ogórku, cieknie mi ślinka.
Świeżo zerwany,
Miodem posmarowany.
Ach! Co za pychota,
Zaraz bierze mię ochota.
Nazrywałem!
Ładnie do koszyczka poukładałem.
Wracając z działki do domu,
Nie mówiąc nikomu.
Wstąpiłem do sąsiadki,
I w prezencie jej dałem,
Tak cichutko.
Aby żonka nie widziała,
Bo by mnie mocno skrzyczała.
Nieraz kiedy z działki zmęczony wracałem,
Do niej zaglądałem.
Ona była miła i cierpliwa,
Niezbyt duża, raczej malutka.
Szybko mnie ugościła,
Na obiadek zaprosiła.

Byłem tam do wieczora,
Zapomniałem, że do domu iść pora.
Więc na noc u niej zostałem,
Trochę też z nią pofiglowałem,
Bo ochotę taką miałem.
Mąż jej pojechał w delegację,
Więc go zastąpiłem,
I trochę sobie odmieniłem.
Żona moja była taka miła,
Że mi wszystko wybaczyła.
W domu bardzo miły byłem,
Nawet kwiatki jej kupiłem.
Powiedziałem:
Że w nocy na działce spałem,
Bo po nocy iść się bałem.
Ona mi wszystko przebaczyła,
I w łóżeczku była bardzo miła.

 

Wiosna 
Wróbelki ćwierkają,
Że ptaszki się kochają.
Wiją gniazdeczka,
To zasługa wiosny i słoneczka.
Motylki też zwiastują,
Bo lato ciepłe czują.
Stary borsuk ze snu obudzony,
Wyszedł z nory,
Aby szukać żony.
Niedźwiedzie się obudziły,
Założyć nową gawrę postanowiły.
Bo gdy na świat przyjdą,
Małe niedźwiadki wyjdą!
Gdy słońce poczują,
To też pobarażkują.
My po zimie znużeni,
Lecz promieniami słońca zachwyceni.
Za porządki wiosenne,
Się bierzemy.
Wiosna to jest taka pora,
Że tęsknimy do amora.
A ja sobie w oknie siedzę,
Spoglądam na rzekę i miedzę.
Patrzę jak trawka się zieleni,
Nie chcę zimy! Ni jesieni!
Chciałbym ciągle wiosnę,
Bo z nią życie me radosne.
Zieleni i kwiatów przybywa,
A z nimi radość, zdrowie i siła.
Mam rację. Powiedz tak!
Żoneczko moja miła!
Kobiety, gdy wiosnę poczują,
Usteczka swe pięknie malują,
I nas swoim widokiem oczarowują.
Kuszą na amory,
Ale jam do tego nie skory.
Co prawda na wiosnę jestem odmłodzony,
Ale w zaloty idę do mojej żony.

 

Święta się zbliżają
(refleksje i wspomnienia)

 Ptaki głośno ćwierkają,
Swoim trelem wiosnę oznajmiają.
W tym okresie Święta wypadają.
Starsi wieczorami się zbierają,
O dawnych czasach rozmawiają.
Jak dawniej bywało,
I czy na wszystko pieniędzy starczało.
Na wsiach w spiżarniach,
Wisiały szynki i kiełbasy,
I inne frykasy.
Mięsa długo marynowano,
Różnymi ziołami doprawiano.
Później na jałowcu je wędzono,
Wszystko to zapowiadało,
Że do Wielkiej Nocy czasu nie zostało.
Gospodynie baby zagniatały,
O ich pulchność zabiegały.
Każda smaczne ciasto upiec chciała,
Aby wszyscy podziwiali,
I ich smakiem się zachwycali.
Okowita to rzecz męska,
Aby jej nie brakowało,
O tym skrzętnie zabiegano.
Dzieci pisanki malowały,
I do Świąt się szykowały.
O dyngusie pamiętały,
Aby zrobić zamieszanie,
Oblać wodą urocze panie.
Ale one się nie gniewały,
Że sukienki mokre miały.
Bo to stary zwyczaj znany,
I do dzisiaj uprawiany.
Gdy święta minęły,
Zostały wspomnienia.
Dzisiaj wszystko się zmieniło,
Szynki i kiełbasy mamy,
Lecz na smak ich narzekamy.
Namiastkę dawnych wędlin mamy,
Lecz o starych świętach pamiętamy.
Należy tak świętować,
Aby po nich nie chorować.

 

Ballada
Za górami,
Za lasami,
Żył król bogaty.
Miał piękny pałac,
I biedaków chaty.
Miał też piękną córkę Aldonę,
Która kochać się lubiła,
I przybyłych gości w zamku uwodziła.
Nie podobało się to władcy,
Że jego córka miła,
Wstyd mu przynosiła.
Pewnego dnia przypomniał sobie i zawołał „olaboga”,
Muszę się udać do Astrologa.
By horoskop dał,
Bo on dużą wiedzę miał,
Jak ma postąpić z jedynaczką,
Z tą urodziwą podrywaczką.
Czas najwyższy, aby męża poszukała,
I za mąż się wydała.
Astrolog poradził,
Aby do wieży ją wsadził.
I dał nauki o moralności i etykiecie,
Jak zachować się w wielkim świecie.
I ogłosił!
Że dla córki męża szuka,
Znaleźć takiego, co jej się podoba to jest sztuka.
Obiecywał, że w posagu dostanie dzielnicę,
Która ma piękne okolice.
A z czasem po nim obejmie królowanie,
Otrzyma ten, który mężem córki zostanie.
Aldona o tym nie wiedziała,
Pilnie się uczyła,
Nauczycielki słuchała.
Postępy w nauce robiła,
I dla wszystkich była miła.
Na to wezwanie wielu książąt przyjechało,
Wielkością zamku się zachwycało.
W końcu król wybrał księcia starego, mądrego,
I Aldonę wydał za niego.
Król spełnił obietnice,
W posagu dał dzielnicę.
„Młodzi” dobrze ze sobą żyli,
Dużo dzieci napłodzili.
Królestwo się rozwijało,
I na świecie sławne się stało.

 

Wracam do dawnych przykrych wspomnień rok 1939

Nalot
Rano zahuczał płacz syren,
Miastu głosząc lotniczy alarm.
Wstęgi dymów powiały kirem,
Jęk dogasał, potężniał, znów malał.
Aż się wzniósł ponad wieże jak rozpacz,
Jak wołanie straszliwe spod ziemi.
A gdy ognie wygasły, dym opadł,
Biegli ludzie strwożeni i niemi.
Ujrzeć gruzy, trupy i zgliszcza.
Pierwsze znaki wrześniowej burzy,
I zapowiedź idących zniszczeń.
I blask słońca nieczuły w górze.

Tramwaje zbiły się w stada,
Auta rozległy się krzykiem.
Dym pełzający układał,
Swój warkocz ponad chodnikiem.
A poprzez niebo błękitne,
Znów leciał sygnał trwogi.
Witając ostrym skowytem,
Szum skrzydeł wrogich.

 

Blaski i cienie starości
W starszym wieku czasami tak bywa,
Że rozumu nam już nie przybywa.
Mimo najszczerszej chęci,
Nie mogę już ufać swojej pamięci.
Wciąż mam z nią różne kłopoty,
Choć wylewam ostatnie poty.
Nie mogę przypomnieć sobie,
Co ja na tym świecie robię.
Starość okropnie mnie złości,
Nie mam już prawie żadnej radości.
Tej goryczy nie znają młodzi,
A ja czuję, jak starość nadchodzi.
Nie! Nie! Muszę się przed nią bronić!
Ona nie może mi szkodzić!
Ona piękna być musi,
Bo młodość mnie ciągle kusi.
Przecież, co chcę to robię,
Na spacery idę sobie.
Spaceruję też po lesie,
Nasłuchuję, czy echo dobrą nowinę mi niesie.
Choć przystanki robię co chwilę,
Las życie mi umila.
Więc niech żyje starość pogodna,
Ale niech będzie dla mnie wygodna.
Choć czasami może i nuży,
Niechaj dalej w zdrowiu mi służy.
I rzecz w tym cała,
Aby ona jak najdłużej trwała!
A gdy Bóg mnie zabierze,
Ze świętymi zawrę przymierze.
I tam sobie powetuję,
Co robiłem w życiu nie żałuję.

 

Starość nadchodzi
Idę ulicą,
Ktoś mi się kłania.
A to ten znajomy,
Kawałek drania.
Miał różne przezwiska,
Lecz nie pamiętam jego nazwiska.
Mimo najlepszej chęci,
Mam zanik pamięci.
Myśl w głowie się rodzi,
A potem szybko z niej uchodzi.
Siedzę na ławce w parku,
I czekam o poranku.
Na randkę umówioną,
Z sąsiada żoną.
Minęła już godzina,
Nie wiem co za przyczyna.
Że nie przychodzi sąsiadka,
Pomyślałem – to moja wpadka!
Dziewczynę młodą poderwałem,
A co jej komplementów nagadałem.
Wiele wysiłku mię kosztowało,
Ale w końcu się udało.
Na randkę ją namówiłem,
I na poranny spacer zaprosiłem.
A teraz siedzę i czekam,
I na swój stary los narzekam.
Bo ona ze starego człowieka zakpiła,
Dała mi kosza, ta osóbka miła.
Morał:
Masz nauczkę ty stary bęcwale,
Nie podrywaj młodej kobiety.
Bo twój wiek – niestety,
Na to już nie pozwala wcale.

 

Plaża nudystów
Raz do Rumunii pojechałem,
I na plażę się wybrałem.
Dyskretny napis ujrzałem,
Zrozumiałem!
Płot trochę był dziurawy,
To też przez dziurkę,
Na plażę damską zajrzałem.
Oko moje zawiesiłem, 
Była zgrabna, piękna jak bogini,
Że nawet o niej nie śniłem.
Dreszcz mi przeszedł po ciele,
Ach jak strasznie
Podobasz się mój aniele!
Plaża była ogrodzona,
Na płeć żeńską i męską podzielona.
Pośrodku kadź z borowiną stała,
Aby każda z nich się tym umazała.
Prysznice i widok na morze,
Jak tam wspaniale,
Pomyślałem. O! Boże!
A z daleka od plaży na łodzi,
Ratownicy siedzą bardzo młodzi.
Obserwują jak się panie zachowują.
Ileż tam kobiet różnego wieku

Tęgie z obfitym biustem, 
Z fałdami na brzuchu.
Leżały wysmarowane bez ruchu.
Nikt z nikogo sie nie śmieje,
Każda goła! 
Nie poznasz, 
Czy to panna, mężatka lub wdowa.
Jedne duże puszki miały,
Inne były wygolone.
U niektórych zwisające fałdy puszki przykrywały.
Ale jak się wysmarowały, 
To się pochowały.
Przechadzają sie plażą,
Niektóre zamyślone!
Napewno o kimś marzą!
Są i takie,
Zainteresowane sąsiednią plażą,
Bo tam im bliżej panowie,
Też na nagusa sie opalają.
I radosne, śmieją się z siebie,
Bo tu jest bosko, tak jak w niebie.
Potem idą do wody,
Bo to dodaje im urody.
Z mazidła się obmywają,
I na słońcu opalają.
Aby ciała piękny kolor miały,
No i panom się podobały.
A ta moja bogini upatrzona,
Napewno to czyjaś żona.
Gdy plażowanie skończyła,
Czekała na nią piękna limuzyna.
Szybko do nie skoczyła,
I z oczu mi zginęła.
Ach! Znikła mi nadzieja,
Że ją bliżej poznam?
I trochę szczęścia doznam!

Dalej plaża męska była,
Od damskiej lustrami się różniła.
Płotem drewnianym ogrodzona,
To prawdziwa męska zona.
Na nią z kolegą się wybrałem,
Bo ciekawość taką miałem.
Nagich mężczyzn zobaczyłem,
Sam także taki byłem.
Ułomni, zdrowi i w różnym wieku byli,
Niektórzy swym widokiem do śmiech mnie skłonili.
Mali, wysocy, łysi i owłosieni,
Każdy z nich nago chciał zażywać wodnych i słonecznych kąpieli.
A część mężczyzn przy płocie stała,
I nagie kobiety podglądała.
A co zobaczyli,
Nagich babek tyle w życiu nie widzieli.
Gdyż w płocie drewnianym były różne szparki,
Ja też przez ciekawość tu w Rumunii zobaczyłem dawne sekretarki.
Jakie to piękne kiedyś kobiety były,
Aż nie wierzę, że na starość tak się zmieniły!
Figury nie takie i buzie inne,
Jakieś trochę dziwne.
A może i ja jestem nie taki,
Jak kiedyś dawniej byłem.
Dostawałem od pani buziaki.
Stanąłem przed lustrem,
I dobrze siebie oglądałem.
Co czas zrobi z człowieka,
Nad starszymi ludźmi zapłakałem.

 

Taka sobie bajeczka
Raz kotek szedł drogą,
Jakiś facet kopnął go nogą.
Czemu mnie kopiesz?
Chamie szemrany!
Pójdę na skargę,
Do twojej mamy.
Idź sobie koteczku drogi!
Tylko nie połam nogi!
Zauważyła to pani od kotka,
Powiedziała – on biedny – sierotka!
Rozmowy tak się potoczyły,
Że facet dla pani ,
Stał się bardzo miły.
Potem wczasy jej zafundował,
I na rozrywki pieniędzy nie żałował.
I tak życie słodko im leci,
Dopóki nie przyjdą dzieci.
Stwierdzisz, że czas twojej swobody już Minoł,
Boś w ramionach tej pani już zginął.
Morał wierszyka jest taki,
Nie zaczepiaj kociaki…

 

O pijaństwie
Ludzie tworząc Państwo,
Trzeźwi muszą być.
W zgodzie i radości,
Naród musi żyć.
Gdy obywatel wódki się napije,
Źle mu! Dobrze! Ale jakoś żyje.
Wódka rozum mu odbierze,
Nawet z diabłem zawarł byś przymierze.
Wszystko robisz byle jak,
I praca Ci idzie nie tak.
Wówczas myślisz żeś posiadł wszystkie rozumy,
Chociaż masz umysł jak z gumy.
Jeśli chodzi o kobiety,
One tym się chlubią,
Że pijaków niezbyt lubią.
Gdy wracasz do domu pijany,
I poobijasz wszystkie ściany.
Żona ciebie nie szanuje,
Lecz wybryki twoje toleruje.
Wybełkotasz – wybacz miła,
Wódka wszystko to zrobiła.
Dałem sobie dzisiaj w gaz,
Ale przyrzekam, że to ostatni raz.
Nie będę ochlapusem,
Dzisiaj tego ja żałuję.
Poprawę obiecuję.
Ale pijak nie ma silnej woli,
Spotka kolegę no i dalej „goli”.
Na nic wówczas przeprosiny,
Słodkie słowa oraz miny.
Żona do łóżka go wsadza,
Niechaj jej w domu nie przeszkadza.
I tak kółko się zamyka,
Czeka jutra i znów czmycha.
U pijaka skrucha licha,
Tylko ciągle obiecuje.
Płacze, żebrze i żałuje,
Lecz obietnic nie dotrzymuje.

 

Potop
Nasz pra, pra, pradziad Noe,
Amatorem wina był.
A gdy wino pił,
Kajał się przed Panem,
Bo w takich czasach żył.
Więc oszczędził go Dobry Pan,
Choć widział, że wczoraj wypił cały dzban.
Nie pozwolił utopić się w wodzie,
W tamtym czasie było jej dużo w przyrodzie.
Przez 40 dni deszcz padał,
A Noe przez ten czas Arką władał.
Pan wodą ziemię raził,
A Noe przez z pod beczki nie wyłaził.
By nie zobaczyć końca świata,
Bo to za wiele było jak na jego lata.
Pewnego dnia przyszedł do niego Cham,
I ujrzał ojca pijanego,
Na boki rozchwianego.
Zaczął się z niego śmiać i kpić,
Usłyszał to Pan i powiedział:
Idź ode mnie Chamie przeklęty,
Spod mej opieki jesteś wyjęty,
Bo z rodzica nie powinieneś drwić.
Trzeba go kochać zawsze,
I godnie trzcić.

 

Znudzony domownik
Jeśli żona Ci dokuczy,
I powie gdzie ten łajdak ciągle się włóczy.
Pojedź tym razem n kurację,
Kolega przyzna Ci rację. 

Możesz spełnić swoje zachcianki,
Załatw skierowanie na solanki.
Tam może spotkać Cię przygoda,
Nie jedna babka tam się kąpie młoda. 

Tam też gra muzyka,
I choroba wnet znika.
Promienieją ludzkie twarze,
Bież też bio prądy i masaże. 

Po takich zabiegach babki tylko oczekują,
Kiedy je uzdrowiskowe chłopy wycałują.
W domu masz zawroty głowy,
A tu jesteś niczym lew salonowy. 

Przecież jesteś nie w ciemię bity,
Poszukaj sobie jakiejś kobity.
Tak się kurują kuracjusze,
I wciąż zaliczają babki i nowe turnusy. 

Wtedy się stajesz duchem młody,
I dodaje Ci to też urody.
Powodzenie znajdujesz wszędzie,
W towarzystwie dobrze Ci będzie. 

Potem do domu powędrujesz,
Swoją żonę wycałujesz.
Ale jak możesz ją ocenić,
Gdy z inną łóżka nie zamienisz. 

Kobiet dużo jest na świecie,
Ale takiej jak moja żona nie znajdziecie.
Poflirtować trochę trzeba,
I pokosztować babskiego nieba.

Ewa w Raju (wierszyk wakacyjny)

Pewnego razu Ewa u śpiącego męża,
Zobaczyła coś, jak gdyby węża.
Miał około 12 cali,
To się u Adama bardzo chwali.
Łeb miał duży i małą paszczę,
Ewa się ucieszyła i z radości klaszcze.
Jeszcze takiego miłego gada nie widziała,
I czy nie gryzie?
Przekonać się chciała.
Wzięła go do ręki,
A wąż wciąż twardości nabiera,
I łeb swój do góry zadziera.
Ewa poskromić go chciała,
I wcisnęła go między uda,
A ten pcha się dalej paskuda.
Wreszcie miejsce dla niego znalazła,
Po prostu na niego wlazła.
Bez litości go nękała,
Aż bestia miękką się stała.
Potem listkiem figowym go przykryła,
A sama pod drzewem usiadła,
I rajskie jabłuszko zjadła.

 

Najnowsza historia Polski
(okres powojenny)

Wojna się skończyła,

Chcemy aby Polska wolną była.

Przysłali nam Bieruta,

Czy to radość, czy pokuta?

Komunizm u nas zrobić chcieli,

No i dobre czasy diabli wzięli.

Patriotów nam zabili,

Skandal powstał moi mili.

I miłować Rosję nam kazali,

A my w uporze żeśmy trwali.

Gomółkę wybrali.

Oj matko Gomółki,

Czemuś nie wzięła pigułki.

Urodziłaś syna,

Teraz cały naród go przeklina.

Narzekano więc na Władka,

Choć dla ludzi był jak matka.

Wywalono nam człowieka,

Gierek tylko na to czekał.

I minęły latka,

Ludzie wspominają dobrze Władka.

I żałuję teraz masy,

Że odeszły tamte czasy.

Sprzedawano cukry, czekolady,

Nic spod lady.

Choć zarobki były marne,

Nie groziły nam obozy karne.

Teraz zęby złóż na półce,

I wspominaj o Gomułce.

Towarzysz Gomułka stracił względy,

Bo popełniał różne błędy.
 

Teraz będzie wreszcie życie,
Nastał Edzio odnowiciel.
Gdy się on rozżali,
Ludzie będą jemu pomagali.
Kilka latek minie,
Mlekiem, miodem kraj popłynie.
Tak czekali pełni wiary,
Czekał młody, czekał stary.
I cierpliwie czekał lud,
Na komunistyczny cud.
Gierek ludziom zawracał głowy,
Że to okres jest przejściowy.
Nikt tym się nie zatruwa,
Bo wiadomo, partia czuwa.
Tak płynęły błogie lata,
Lecz co dzieje się u kata.
Zamiast odnowy i poprawy,
Coraz gorzej stoją sprawy.
Najpierw cukier zniknął w dali,
Mięsa coraz mniej dawali.
Towar odpływał jak ta mara,
Chcesz coś kupić? – płać dolara.
No i było coraz gorzej,
Chociaż chłop siał zboże.
Nikt nadziwić się nie może,
Radio Moskwa gada,
U nas „budiet” olimpiada.
I wnet ludzie zrozumieli,
Kto się naszym dobrem dzieli.

Przyszedł następny cios,
I wybrzeża zagrzmiał głos.
Lud zawołał Polskę czyścić trzeba,
I zadrżeli komuniści,
Że ich dzieło się nie ziści.
Przewrócono kilka stołków,
Komunistycznych pachołków.
I tłumaczył wszystkim Gierek,
Że ma chęci bardzo szczere.
Ten co w długi Polskę wpędził,
O poprawie jeszcze ględził.
Jeszcze liczył na górników,
Ale rzekła mu górnicza brać,
Won stąd taka twoja mać!
Już się dalej nie uchował,
I na serce zachorował.
Znany komunistów kawał,
Jak podpadniesz,
To masz serca zawał.
Nastał teraz Stasio Kania,
Będzie nowy kawał drania.
I ta nasuwa się replika,
Że ta jest ta sama klika.
Piękną mową Stasiu śpiewa,
I polecił kochać nam Breżniewa.
Sterowany zdalnie,
Śpiewa o Rosji pochwalnie.
Teraz wiedzą wsie i miasta,
Partia wrogiem ludu jest i basta.

Kończą się rządy czerwone,
Komunistów dni są policzone.
Lud nie wierzy już w odnowę.
Teraz będą związki nowe.
Niech się cieszy kraj nasz cały,
Bo przed nami orzeł biały.
Niechaj w oku zadrży rzęsa,
Niechaj żyje Lech Wałęsa.
Po nim inni znów nastali,
Ludziom także nic nie dali.
Był Kaczyński ludzie mili,
Lecz w Smoleńsku go zabili.
I nastała Tuska era,
Ludzie cieszą się cholera.
Lecz i teraz nic nam nie wychodzi,
Z kraju uciekają ludzie młodzi.
Fachowcy i naukowcy wyjeżdżają,
Bo pracy w kraju nie mają.
Kto po Tusku znów przybędzie,
I co obiecywać ludziom będzie?
Oto jest pytanie,
Co z tej Polski pozostanie.
Może wezmą nas sąsiedzi,
Nie wiadomo kto i na czym siedzi.
Bo nastają ciężkie czasy,
Choć nie brakuje wyborczej kiełbasy.
My to dobrze znamy,
I oszukać się nie damy,
No bo przecież jakiś rozum mamy.
Do wyborów znów pójdziemy,
Chociaż jeszcze wiele przeżyjemy.
Może wszystko się ułoży,
Nowa Polska nam się stworzy.

 

Niespełnione nadzieje
Znudził mi się starszy mąż,
chociaż ja z nim miałam ślub.
Odpocząć od niego myślę wciąż
i zrobię jemu jakiś mały siup. 

Sanatorium załatwiłam,
myślę, że dobrze zrobiłam.
Może trochę poflirtuję,
ale teraz co zrobiłam – żałuję. 

Było dużo babek, co na mężczyzn czatuje,
a chłopcy tylko przebierali
i ładniejsze, młodsze panie wybierali.
A jak jeszcze forsę czują
to kobiecie nie darują. 

A ja biedna dziewczyna,
dla mnie tylko parafina.
Rano gimnastyka,
i tak czas umyka. 

Masowanie też mi lekarka dała,
by mnie męska ręka pogłaskała.
W rezultacie nie wiele użyłam,
i do domu powróciłam. 

Pomyślałam męża mam starego,
ale chyba nie opuszczę jego.
Kochać jego mi przychodzi,
to mi przecież nie zaszkodzi. 

Choć czasami zdradzić może,
cóż takiego, Wielki Boże.
Inną może zbałamuci,
ale do domu zawsze wróci. 

Myślę sobie, niechaj trochę los odmieni,
wtedy lepiej mnie doceni.
Nie ma jak małżeńskie łoże,
nikt zaprzeczyć mi nie może. 

By mnie kochał, muszę jego adorować,
pieścić, tulić, obejmować i całować.
Trochę milszą być dla niego,
by nie chodził na jednego. 

Taka męska jest natura,
iż najlepsza jest własna żona – córa.
I docenić to potrzeba,
bo jest taka wola nieba.
Bo setki może dożyjemy,
Za nim w niebie się znajdziemy.

 

Podróżowanie
Ja ochotę taką miałem
Kawał świata objechałem
Wiele krajów odwiedziłem
Lecz w Albanii nie byłem

Więc manatki spakowałem
No i w podróż się wybrałem
Słyszałem, że Albania to kraj dziki
Stamtąd niedaleko do Afryki 

W Sarandzie się zatrzymałem
Ze zdziwienia oczy przecierałem
Pełno mercedesów tam ujrzałem
Kraj był kiedyś zacofany
Dziś na świecie dobrze znany 

W miastach zachód naśladują
I zwyczaje ich przyjmują
Bo dobrego gospodarza mają
Widać, że ojczyznę swą kochają 

Kraj, który był ubogi
Dziś ma asfaltowe drogi
Na turystykę się nastawiają
I swój dochód pomnażają 

W morzu woda czysta
Piękne góry i pejzaże
Mają nasi gospodarze
Do zabytków dojazd mają
Do których chętnie zapraszają

Klimat jest łagodny
Ale wieczór chłodny
Stare zamki oglądałem
I historii ich słuchałem 

Kraj cały obejrzałem
Zanim stamtąd wyjechałem
Piękne są tam strony
Przyjechałem zachwycony 

Ale ja szukam coś innego
Coś bardziej dzikiego
Do domu wróciłem
O egzotyce dalej śniłem 

Chyba znowu gdzieś pojadę
Nie wiem tylko, czy dam radę
Może kiedy się wykuruję
To znowu dalej powędruję 

Może trafię do Sudanu
Na zwierzaki zapoluję
Innych przygód zasmakuję
Grecję też odwiedzić trzeba
Kobiety tam pogodne buzie mają
I z uśmiechem nas powitają 

Więc zabawić się nie szkodzi
Bo jesteśmy duchem młodzi!

 

Wyznanie
Znam jedną jedyną
oprócz tych innych.
którą kocham najwięcej
innych trochę mniej.

Dla niej wszystko poświęcę
nawet inne kobiety
całe noce i dnie
dla innych nie.

O całym świecie zapominam
o innych też
gdy spojrzy na mnie ta dziewczyna
inne też patrzyły, ale ja nie – nie.

Nadeszła radosna
upojna wiosna
polecę z tobą do Albanii
na riwierę do Sarandy

Miłość mi w sercu wzbiera
ponoć tam piękna jest riwiera
na promenadzie spotkasz też ławeczkę
by odpocząć troszeczkę.

Statki blisko przystań mają
z radością popatrzysz jak ludzie się kochają
zatrzymamy się tam na chwilę
by spędzić czas mile.

A gdy wrócimy do domu radośni
weseli i szczęśliwi
znajomi nas wyglądają
i na prezenty czekają.

Sobie i innym życzymy
by spędzone razem chwile
wspominali mile
bo świat jest piękny,
kiedy ludzie się kochają
są życzliwi dla siebie
i pretensji nie mają.

 

Rodzinka
Zwiali z gospodarstwa
Kasia, Jaś i Władek
Na wsi
Został tylko dziadek

Jaś został magistrem
I jeździ fiatem
Kasia w teatrze gra
Śmieje się ha, ha, ha 

Forda ma Władek
I cieszy się
Że im wszystko zafundował
Stary dziadek

Jaś ma wilczura
Doga Władek
Pekińczyka Kasia
Kury ma dziadek

Jaś pracuje w urzędzie
Władek różnie – wszędzie
Kasia króluje na scenie
Dziadek szpadlem kopie ziemię

Kiedy wnuki wyjeżdżają
Kasę od niego zabierają
I co się da – jajka i kury
Ściskają dziadka i skaczą do góry 

Na żniwa przyjechali
Bo pomóc jemu obiecali
Ucieszył się staruszek
Źle się czuł, bolał go brzuszek

Jaś położył się pod gruszą
Pod jabłonkę Władek
Kasia się opala
Zboże kosi dziadek 

Wieczorem siadają do stołu
Wszyscy uśmiechnięci
Dziadek też pospołu
Choć nie ma humoru 

Jaś zajada się szynką
Kiełbaską Władek
Kasia jajecznicą
Suchym chlebem dziadek 

Jasio duży brzuch miał
Siły Władek nabrał
Kasia ładnie wyglądała
Na licach rumieńców dostała

Dziadek biedny był
Tylko z ciężkiej pracy żył
Pewnego dnia zrobił kawał
I umarł na zawał 

Podzielono spadek
Trzodę dostał Janek
Dom Kasia
A pole Władek
Łopatę grabarza dostał dziadek 

Wnuki wszystko
Za małe pieniądze sprzedali
I po starym dziadku
Nawet nie płakali 

Swoje prace opuścili
Bawili się i pili
Lecz gdy kasa się skończyła
Bieda im groziła 

Dziadka z żalem wspominali
I na swój los narzekali
Szybko minęły dobre czasy

Więc do pracy iść potrzeba
Kochani rodacy
Dla chleba, dla chleba
Bo manna nie spadnie wam z nieba

 

Wizyta doktora
(opowiada mały Jasio) 

Woła mnie mama
Chcę wieczorem być sama
Bo doktor przybędzie
I badać mnie będzie 

Ja to grzecznie wysłuchałem
I za kotarę w pokoju się schowałem
Mama drzwi mu otworzyła
Do pokoju zaprosiła 

Drzwi na klucz zamknęła mama
Bo z doktorem chciała zostać sama
Na kanapie sobie siedli
Wódkę pili, ciastka jedli 

Nagle pan doktor przystąpił do badania
Zaczął najpierw od całowania
A potem zobaczyłem dziwne rzeczy
Nikt mi tego nie zaprzeczy. 

Doktór bluzkę rozpiął mamie
I położył ją na otomanie
Potem pod brzuszkiem coś robił
To coś chował to wyjmował 

Pewno w brzuszku coś tam miała
No bo mama trochę jęczała
No i trochę też stękała
Lecz szczęśliwą minę miała. 

Kiedy spać się położyłem
Tylko o tym śniłem
Skąd u mamy taki puszek
Gdzie się kończy brzuszek 

Morał jest taki
Gdy chcesz się zabawić
Uważaj na dzieciaki!
 

Przygoda
Wreszcie moją musisz być
Bez Ciebie nie potrafię żyć.
Ale niech pan tak nie dyszy
No bo mama nas posłyszy.

Mamy się boję – Ola Boga
Ona potrafi być sroga.
Dobrze! Ale z racji swego urodzenia
Użycz mi swego przyrodzenia.

W imię ojca i syna
Niech pan szybko zaczyna.
Niech pan nie marudzi
Bo mama się obudzi.

Wtem zagrzmiał głos mamy
Wyrodne moje dziecię!
Wszak mówiłam Ci
Że suknia się pogniecie.

Kazałam Ci wcześniej
Zanim miłość Cię obieła.
Byś majteczki i sukienkę
Przed tym zdjęła.

Ona tego nie zrobiła
– Zapomniała
A ja pomóc jej nie mogłem, choć chciałem
Bo z sił opadłem.

Ona młoda roztrzepana
Ale z nią mogłem spać do rana.
Potem matka szepnęła mi do ucha
Że jest też trochę głucha.

Taka przygoda się trafiła
Dziewczyna była miła.
Matka zadowolona
A córeczka także pocieszona.

Kawaler był do rzeczy
Nikt temu nie zaprzeczy.
Rano wszystko się skończyło
Gdy słonko zaświeciło.

No i wszyscy byli mili
Ćwiarteczkę razem wypili.
Pieniądze jej dałem
Bo przyjemność przecież miałem.

 

Przygoda w Turcji
Interes niewielki mam
Handel prowadzę sam
Klientek dużo znajduję
aktywny jestem- nie próżnuję

Wołam: Kupujcie jaja i wędliny
Zapraszam Was! Młode dziewczyny
lepszego towaru nie znajdziecie
Na całym świecie.

Raz do Turcji się wybrałem
Tam interes zrobić chciałem
Ale los nie sprzyjał mi
W haremie zamkneli mi drzwi.

Wejście strażnik zagrodził
I halabardą pogroził
Sułtan też na miejscu był
Krzyknął z cały sił.

Brać mu towar!
Brać mu jaja!
Wtem napadła mnie cała zgraja
Zabrano mi towar- jaja
Ledwie żywy się wydostałem
I na swój los narzekałem.

Do domu wróciłem zmartwiony,
Brudny, zziębnięty, nieoglony
Teraz chodzę i głodzę
Może jakaś pani, kupi mnie za groszę
Ach! Oddam się w ofierze
Całego za darmo niech mnie bierze.

Modlitwa
Wszak każda wie istota
Że Paryż słynie z mód
Ciechocinek z błota
Truskawiec z wód
Toruń ma pierniki
Moskwa znów pomniki
W warszawie jest tęcza
– Ja zaręczę, że ona za długo nie postoi
Bo niektórych ludzi to drażni i boli
Wenecja ma gondole
Zgadnijcie, które wolę
Z tych wspaniałych miast?

Moją Łódź kochaną
Ciężką pracą włókniarzy skąpaną
Gdy rano się budzę
Wiem, że dzisiaj się nie znudzę
Pójdę do ogrodu botanicznego
Potem na zdrowie i do parku zwierzęcego
Wieczorem na Piotrkowską
Ot! Jak żyję beztrosko!

Kocham też Jelenią Górę
Bo radości mam tam furę
Gdy w zdrojach zanurzam się w kąpieli
Wówczas proszę by w opiekę wzięli mnie anieli
Kocham Cieplickie Zdroje
Bo mieszkamy tam we dwoje
Satysfakcję też mam
Że nie jestem sam

A gdy widzę piękne góry
Rano spowite mgłą
I słyszę z niebios chóry
To serce moje radośnie płonie
Wówczas wyciągam dłonie
I proszę Panie!
Daj mi siłę!
Aby życie moje dalej było miłe
W zdrowiu chcę go dożyć
Do lamusa filtry złożyć
I przyrzekam, że nie będę już barłożyć
Bo z moją kochaną żoneczką
Chcę się cieszyć każdą chwileczką.

 

Uroki życia
Różne rzeczy dzieją się na świecie
To, co mi się zdarzyło, zaraz się dowiecie.
Trzeba przestać już barłożyć
Do roboty się przyłożyć.
By do garnka było coś tam włożyć.

Powiedziałem! Dosyć tego mój kolego
Od jutra nie będziemy chodzić na jednego.

Ale kiedy spotkam ślicznotkę
Zaraz bierze mnie ochota
Aby upolować tę kotkę
Myślę sobie – Jakie piękne mogą być te dni
Może ona również o tym śni.

Taką ładną buzię ma
Że zapominam o wszystkim raz dwa
Komplementy prawić lubię
Bo przecież tym się chlubię.

W maju noce są gorące
Gdy umówisz się na łące.
Tak nam razem dobrze będzie
Pozwól rzekłem, wycałuję Cię wszędzie

Razem łykniemy trochę okowity
Bo to trunek wyśmienity

Potem wesół wracam do mej żony
Radosny, ale zmęczony
Było miło
Ale się skończyło

Taki dobry jest porządek rzeczy
Nikt mi tego nie zaprzeczy.

 

Duch
W pewną noc letnią i ciemną
Jakiś cień przeleciał pode mną
Ja właśnie siedzę na płocie
I staram się przyjrzeć temu idiocie

Pobladłymi poruszał wargami
I coraz szybciej przebierał nogami.
Twarz miał białą jak chusta
I szeroko otwarte usta 

Ubranie w nieładzie
Włos mu na nosie się kładzie
Z podniecenia wciąż łypie oczyma
I porcięta w garści już trzyma 

Tam gdzie bór czarny się znajduje
On kroki swoje kieruje
I tak leci prosto od dworu
Aby prędzej się znaleźć
W zbawiennych ramionach boru 

Wreszcie dopada z wielkim ulgi westchnieniem
Przykuca za jakimś tam cieniem
Błyskawicznie opuszcza porcięta
Potem szeroko nogi rozstawia
I skarb swój wśród mchów gęstych zostawia 

Grzmot targnął powietrzem – silny
To nasz duch na rękach wsparty, bezsilny
Temperament wypuszcza
A powietrze tną błyskawice
I targają wstrząsy 

To on podkasawszy nogawice
Wykonuje jakieś dziwne pląsy 

Wreszcie bohaterowi ulżyło
Bo tłuste cielsko w portkach się skryło
I wkrótce zmieniło w widziadło
Wśród pobliskich górek
Tylko dowodem zdarzenia
Był świeżo usypany pagórek 

I ten wkrótce mchy bujne porosną
Czasami pomyślisz o tym wypadku
Gdy siądziesz tam pod sosną
Choć o nim ślad wszelki zaginął
O tym zdarzeniu
Który kiedyś był, ale już minął.

 

Noc
Noc okropna doby pora
Noc to wampir, noc to zmora
Noc burzliwa, czy też cicha
Na człowieka zgubę czyha
W nocy łazi ponad Nilem
Potwór zwany krokodylem
W Indiach mają znów tygrysa
U nas komar krew wysysa
W nocy krzykniesz
Gdy na łóżku znajdziesz pluskwę
W nocy łażą karaluchy
Nocą z grobów wstają duchy
Noc promienna kiedy księżyc świeci
Nocą łażą dziwki i bandyci
W nocy żona męża bije
Gdy ten w knajpie się upije
Noc i zbrodnia jedna spółka
Noc to moja przyjaciółka
Noc miłości też jest znakiem
Nocą człowiek staje się zwierzakiem
Ciemną nocą oblatują człeka ciarki
W noc majową widać czułe parki
Nocą ludzie w łóżku się też godzą
W nocy dzieci nam się rodzą.

 

Spotkanie
W wiosennej porze roku
Serce mocniej bije
Człowiek tęskni, albo pije.
Tęsknić to nie wszystko
Trzeba mieć do kogo
Tak rozmyślam idąc drogą
Widzę – przechodzi
Blondyneczka niezbyt chuda
Kibić smukła, pierś wypukła
No i nóżki istne cuda
W mojej krtani więzną słowa
Czy mężatka, może wdowa
Serce bije coraz mocniej
Więc się zbliżam do niej śmiało
– Może by się tak udało …
Piękny buziak wabi nęci
Gdy mi rączkę podawała
Ona lekko jej zadrżała
Po nie długim czasie rączka mała
Pusty portfel namacała
Więc mi szybko kosza dała
No i wszystko diabli wzięli
Tak się skończył mój spacerek przy niedzieli.

 

Oda do nocnika
O tym garnuszku z jednym uszkiem
Co stoisz pod łóżkiem
Co w nocnej godzinie
Przynosisz ulgę całej rodzinie

Co znosisz grzmoty i strzały
Wciąż jesteś przepiękny i cały
Ty który jesteś niezbędny wśród nocy
Jesteś czczony przez dzieci i żony

Ty ozdobą ludzi przezornych
Stajesz się królem godzin wieczornych
Ty co stoisz w ciemnościach i mroku
Jesteś potrzebny na każdym kroku

Bez twojej pomocy
Przykrości by ludzie zaznali wśród nocy
Ty jesteś subtelnym dusz powiernikiem
Przez ludzi nazwany nocnikiem

Służ dalej na chwałę ludzkości
Każdy siadając na tobie doznaje ulgi i radości
Zwierza ci szeptem sekrety niemocy
Kiedy korzysta z ciebie wśród nocy

Każdy kupić cię może
I z dumą postawić przed łoże
Choć człek często oddaje ostatki
Ty zawsze jesteś piękny i gładki

Więc cześć ci i chwała
Duszyczko ty mała

 

Futro
Jerzy swojej żonie bujał, że jutro
kupi jej nowe futro.
Żona przecież wierzy mężowi,
choć ten nieprawdę jej powie.

Więc mu uwierzyła jego połowica,
jutrzejszym futerkiem dzisiaj się zachwyca.
Nawet kupiła nowe lusterko,
by w nim zobaczyć przyszłe futerko.

O tym  futerku ciągle marzy,
czy jej ono będzie do twarzy.
Bo kiedy do lusterka zerka,
widzi już przepych nowego futerka.